wikinews030.

please note our disclaimer page – we have nothing in common with the Wikimedia Foundation

Rzeczypospolite pani Anny Z.

leave a comment »

(Übersetzung ins Deutsche erfolgt im Laufe des Tages.)

Minister edukacji (!) Anna Zalewska wiła się, kluczyła, wierciła mową, myślą i uczynkiem w programie telewizyjnym. Powinna była odpowiedzieć na pytanie dziennikarki o to, jakie jest znaczenie czasownika polec.

Problem dotyczy „poległych” pod Smoleńskiem ofiar katastrofy.

Ale przecież polec można na polu bitwy, z rąk wroga. Nie można polec w katastrofie czy wypadku lotniczym bądź drogowym.

Kluczyła, przeskakiwała ze słowa na słowo aby odpowiedzieć, że polec to znaczy zginać, umrzeć tragicznie.

No tak, pomyślałem. Nie każdy musi być absolwentem filologii polskiej, nie każdy musi mieć opanowaną, jako tako, etymologię wyrazów nawet tych często, zbyt często, nadużywanych. Nawet minister edukacji.

Nie każdy mógł, w swoich studenckich czasach, obcować intelektualnie z profesorami Bralczykiem lub Miodkiem.

Życie przypomina czasem grę w pokera. Warto od czasu do czasu sprawdzić jakie to karty ma swoim ręku Pani Minister.

Wygooglowałem, znalazłem i nie mogłem uwierzyć!

Pani Anna Zalewska jest absolwentem …. Filologii Polskiej! Uniwersytetu Wrocławskiego!!

Musiała przecież od czasu do czasu spotkać się z profesorem Janem Miodkiem.

Zamienić chociaż kilka zdań. Językoznawstwo synchroniczne jest obowiązkowe dla wszystkich polonistów. Niezależnie od ich późniejszej specjalizacji, lingwistycznej, historycznej czy też teoretycznoliterackiej.

Przypominam Pani Minister:

czasownik nieprzechodni i dokonany – polec.

Bezokolicznik – polec, czas przeszły, liczba mnoga – polegli.

Wszystkie, naprawdę wszystkie, słowniki języka polskiego podkreślają, iż polec można jedynie w walce, polec – oznacza iż ta śmierć była nieprzypadkowa, przez kogoś (wroga) zadana.

Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną……

Wrocław, ul. Grodzka, gmach Wydziału Filologii. Tak po prawdzie to jest plac Nankiera ale za moich czasów wchodziło się od Grodzkiej. W pobliskiej Hali Targowej, z owoców cytrusowych były tylko jabłka, śliwki i oranżada mandarynka. Piwo można było dostać jedynie Mieszczańskie. Miało kolor wody stojącej jakiś czas na rżysku. I smak podobny. I jeszcze jedną właściwość miało to piwo. Taką, że go nie było.

Wtedy nic się nie kupowało tylko organizowało, załatwiało. Miało się dostęp. Do talonu lub kogoś kto talony wystawiał.

Pani Minister zna schody prowadzące do sali im. Władysława Nehringa. W moich czasach, schodziło się tymi schodami, w dostojnym półmroku. Sprytnie omijaliśmy pajęczyny zaprzyjaźnione już z portretami Nehringa.

Na 1. roku było 148 studentów. 130 dziewcząt i reszta chłopaków.

Na początku był chaos. Dziewczyny razem, zbite w jakieś gromadki towarzyskie zajęły

wszystkie pierwsze rzędy. My opanowaliśmy rubieże taktyczne. Ostatnie krzesła, najbliżej drzwi.

Po kilku dniach nastąpił proces samoregulacji, uporządkowania.

Tak jak Boryna, siewca, dbał o to by ziarno było równomiernie po całym polu rozrzucone, jak gospodyni ucierająca babkę w makutrze. Rzuci garść tylko rodzynek, pokręci dwa razy i już je ma regularnie rozmieszczone, tak my po kilku dniach byliśmy wśród naszych koleżanek sprawiedliwie rozlokowani.

Nas 18 a ich 130. Po dwóch wykładach każdy otoczony był wianuszkiem koleżanek.

A one przynosiły z domów jabłuszka, ciasteczka, chrusty rumem pachnące, naleśniczki z serem, z dżemem, kluchy na łachu czasem.

Mijały godziny, a my w błogiej nirwanie skubaliśmy. Czasem śliweczkę, jakiś pasztecik, jakieś winogrona…

O Boże!! Jakie to były piękne studia!

Pewnego dnia przyszliśmy jak zawsze, do Nehringa, na wykład.

Notatniki na stole, relaks. Nastrój radosnego oczekiwania.

Po kilku minutach czuję coś niezwykłego i bardzo niepokojącego. Coś takiego jak zimno, chłód.

Pustka, otchłań. Minus 273,15 St. w Celsjuszu. Zero w skali Kelvina.

Żadnych ciasteczek, pączków, jabłuszek. Nic po prostu nic.

Otwieram oczy widzę, że moi koledzy też są zaniepokojeni, odczuwają coś podobnego. Co się dzieje?

Rozglądamy się. Dziewczyny są, siedzą koło nas. Ale my dla nich już nie istniejemy. One nas nie widzą. Wszystkie głowy zwrócone w jedną stronę, oczy w jeden punkt wpatrzone.

Wszystkie nieruchome, jakby sparaliżowane, zahipnotyzowane.

A tam, za katedrą, szczupły chłopak z bujną kędzierzawą czupryną. Adiunkt na naszym wydziale, dr Jan Miodek opowiadał o gramatyce opisowej języka polskiego.

Nie wiem czy te dziewczyny słuchały tego co mówi ówczesny dr Miodek, czy tylko napawały się jego osobą ludzką.

Nie wiem czy Pani Minister miała przyjemność wysłuchać wykładów profesora. Jeżeli nie – to może to być jakieś małe usprawiedliwienie, jakaś drobna okoliczność łagodząca.

Jeżeli jednak była tam, słuchała ale nie usłyszała, odebrała tę wiedzę polonistyczną ale jej nie przyswoiła?

Takie będą Rzeczypospolite jakie Pani Minister edukowanie.

Polecam Pani Minister:

Poradnia Językowa Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego http://www.poradnia-jezykowa.uni.wroc.pl/pj/

tel.: (71) 375-24-30 (poniedziałek-piątek: 13.00-15.00)


Autor des polnischen Textes: Das letzte Nashorn.

 .

.

.

.

.

.

.

.

Wenn Sie hier unten eine Werbung sehen, heißt das nur, dass Sie die bei Ihnen gesetzten Cokies noch immer nicht gelöscht haben.

Written by wn030

July 20, 2016 at 10:37 am

Posted in Uncategorized

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s